Czego nie widać. Polska wobec współpracy transatlantyckiej

Szóstego listopada 2001 r., niespełna dwa miesiące po ataku terrorystycznym na World Trade Center w Nowym Jorku oraz Pentagon, prezydent Aleksander Kwaśniewski zorganizował w Warszawie konferencję w sprawie zwalczania terroru. Uczestniczyli w niej szefowie 16 państw Europy Środkowej i Wschodniej, którzy za pośrednictwem telemostu rozmawiali również z prezydentem USA George’em W. Bushem. W przyjętej wówczas deklaracji potępili “skrytobójczy i odrażający” atak na USA oraz zobowiązali się do zwalczania terroryzmu. “Nasza konferencja — mówił prezydent Kwaśniewski — jest przede wszystkim polityczną manifestacją obecności Europy Środkowej i Wschodniej w sojuszu antyterrorystycznym. Jesteśmy przekonani, że nasz region ma swoją ważną rolę do odegrania ze względu na położenie geograficzne, ale także na doświadczenia, które w wielu naszych krajach były przez ostatnie lata zebrane, często kosztem krwi i kosztem ofiar, i kosztem dramatów, które przeżywaliśmy razem”1.

Kilka tygodni później uruchomiono procedurę udziału polskich oddziałów sił zbrojnych w misji w Afganistanie, a kilkanaście miesięcy później, 17 marca 2003 r., na wniosek premiera Leszka Millera, prezydent zdecydował o przekształceniu oddziałów działających w Zatoce Perskiej w samodzielny Polski Kontyngent Wojskowy. Dwudziestego marca 2003 r. siły koalicji “chętnych i zdolnych” (willing and able) pod wodzą USA zaatakowały Irak.

Prawie dwie dekady potem, w dniach 13 i 14 lutego 2019 r., w Warszawie ponownie odbyła się konferencja poświęcona działaniom na rzecz bezpieczniejszego i stabilniejszego Bliskiego Wschodu. Inicjatywa zorganizowania spotkania przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, państw europejskich i państw regionu bliskowschodniego wyszła od administracji amerykańskiej. Polski rząd był jej współgospodarzem. W oświadczeniu opublikowanym po zakończeniu konferencji stwierdzono: “Stany Zjednoczone i Polska mają wiele wspólnych interesów w regionie. Obejmują one, między innymi, popieranie poszanowania praw człowieka, zwalczanie gwałtownego ekstremizmu, sprzyjanie rozwojowi międzynarodowych norm dotyczących zakazu rozprzestrzeniania broni i podejmowanie wyzwań humanitarnych”2. Wielu komentatorów, a także przybyły do Warszawy premier Izraela Benjamin Netanjahu, widziało w warszawskim spotkaniu przede wszystkim próbę zbudowania koalicji politycznej gotowej do ewentualnego ataku na Iran.

Jedna historia, dwie Polski?

Mimo wielu podobieństw te dwie konferencje dzielą nie tylko czas, kontekst międzynarodowy i możliwe konsekwencje, ale i przede wszystkim sytuacja Polski. 

W 2001 r. Polska — od 1999 r. członek NATO — wciąż negocjowała członkostwo w Unii Europejskiej. Była państwem niepewnym swojego bezpieczeństwa, na gospodarczym dorobku, a głównym źródłem jej siły w polityce międzynarodowej był podziw dla polskiej “refolucji”3 — bezkrwawej rewolucji kończącej rządy partii komunistycznej i ambitnego programu reform.

W roku 2019 Polska jest członkiem wszystkich instytucji świata zachodniego: NATO, UE, OECD. Według Indeksu Mocy Państw: “Polska jest 26. krajem na świecie, a siódmym w Europie pod względem mocy. W globalnym rankingu Polska jest nieco słabsza od Tajlandii, ale silniejsza od Kazachstanu czy Norwegii. Wysoką pozycję Warszawy podtrzymuje silny wzrost gospodarczy i zaufanie inwestorów”,  a także “niestałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ czy obsadzenie Polaka we władzach Unii Europejskiej, podwyższają pozycję Polski”4.

Polski dochód narodowy per capita liczony według parytetu siły nabywczej w roku 2000 wynosił 10 650 dol., a w roku 2017 potroił się, osiągając sumę 29 970 dolarów. Ogromna część tego wzrostu wynika z włączenia polskiej gospodarki i biznesu do struktur unijnych oraz z dostępu do wspólnego rynku. Według Ministerstwa Finansów dodatnie saldo transferów pieniężnych z UE do Polski wyniosło od 2004 r. 107 mld euro5.

Dla wielu zewnętrznych obserwatorów fakt, że współczesna Polska, coraz bogatsza i bezpieczniejsza, bardzo mocno osadzona w kontekście europejskim, ciągle gotowa jest szukać bardzo bliskich relacji z USA, wydaje się w najlepszym razie niezrozumiały. W najgorszym jest dowodem “instynktownego amerykanizmu”, którego siłą napędową jest strach przed Rosją i Niemcami, a w konsekwencji gotowość do wspierania interesów amerykańskich bez oglądania się na konsekwencje oraz swoich europejskich partnerów, głównie Niemcy i Francję.

Realia współczesnej polityki zagranicznej Polski są jednak bardziej złożone i w niewielkim stopniu wskazują na jej “instynktowny amerykanizm”. Wskazują raczej na próbę wyhamowywania trwającego procesu rozpadu relacji atlantyckich w obecnej formie, któremu towarzyszy stopniowa zmiana postrzegania Stanów Zjednoczonych w Polsce jako w coraz większym stopniu “mocarstwa zewnętrznego”. 

Idylliczny obraz sojuszu polsko-amerykańskiego z lat dziewięćdziesiątych, oparty na romantycznej wizji walki z komunizmem i potwierdzony wejściem do NATO, ustępuje w debacie miejsca podejściu pragmatycznemu, w którym ważny jest nie tylko sam fakt bliskich relacji, ale i ich cena w relacji do zysków.

Bezpieczna Polska w gorszym świecie?

Polska przystąpiła do UE w szczytowym momencie dominacji świata atlantyckiego. Liberalny ład światowy, zbudowany po drugiej wojnie światowej przez Stany Zjednoczone, wydawał się pod koniec pierwszej dekady XXI w. nie mieć realnej konkurencji. Pierwsze rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego po upadku muru berlińskiego w 1999 r. o Polskę, Czechy i Węgry, interwencja wojskowa w Bośni, a następnie w Kosowie, wbrew Rosji i Chinom, wreszcie, druga fala otwarcia NATO w 2009 r. objęły wpływami atlantyckimi praktycznie cały obszar Europy Środkowej i Wschodniej zajęty po 1945 r. przez Armię Czerwoną. 

Wejście do UE Austrii, Finlandii i Szwecji, potem kilkunastu państw Europy Środkowej i Południowej dopełniło wymiar strategiczny wymiarami gospodarczym i społecznym. Mimo że to ekspansja Sojuszu budziła największe emocje, bez rozszerzenia UE same członkostwo w NATO nie byłoby kołem zamachowym rozwoju gospodarczego.

Polski produkt krajowy brutto w roku 1999 wynosił 169,7 mld dol., a w roku 2017 już 526,4 mld dolarów. Przełożenie tej sumy na oczekiwany przez NATO poziom wydatków obronnych w wysokości 2% PKB oznacza, że Polska, wchodząc do Sojuszu, mogła przeznaczyć na obronę około 3,4 mld dol., podczas gdy obecnie około 10,5 mld dolarów.

Członkostwa Polski w UE i NATO działały więc niczym wzajemnie napędzające się koła. Rozwijająca się gospodarka pozwalała na wzrost  budżetu obronnego, co w efekcie zwiększało polityczną pozycję Polski zarówno w NATO, jak i w samej Unii Europejskiej. Patrząc wstecz, wydaje się zatem kwestią oczywistą, że bez członkostwa w UE rola i miejsce Polski w stosunkach transatlantyckich byłyby mniej znaczące. Jest więc też sprawą bezsporną, że tylko współpraca USA, Kanady i Europy może zapewnić wzrost pozycji Polski, podczas gdy jej rozpad będzie oznaczał słabnięcie Polski.

Piętnaście lat od wejścia do UE polityka Polski stanęła w obliczu takiego wyzwania. Przede wszystkim obniżyły się pozycja UE w świecie i jej bezpieczeństwo. “Europa nigdy dotąd nie cieszyła się w takim stopniu jak obecnie dobrobytem, bezpieczeństwem i wolnością. Przemoc z pierwszej połowy XX wieku ustąpiła miejsca okresowi pokoju i stabilności, bez precedensu w historii Europy” — głosiła pierwsza strategia bezpieczeństwa UE z 2003 r.6 Czytając dokument przygotowany przez Roberta Coopera, doradcę Javiera Solany — wysokiego przedstawiciela do spraw polityki bezpieczeństwa i obrony UE — z perspektywy kilkunastu lat trudno zrozumieć tak optymistyczne podejście do rzeczywistości.

Rozszerzenie UE wydawało się budować jej przewagę strategiczną w świecie. Nowy impuls polityczny w postaci najpierw traktatu konstytucyjnego, a następnie po jego odrzuceniu traktatu z Lizbony tworzył nowe instytucje (wysoki przedstawiciel UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa) i wzmacniał istniejącą w dużej mierze na papierze politykę bezpieczeństwa i obrony. Rosja była wciąż postrzegana jako państwo zbyt przytłoczone wewnętrznymi problemami, aby móc realnie, a nie jedynie retorycznie zakwestionować porządek europejski. Bałkany weszły w okres niestabilnej stabilności, a na południu Morza Śródziemnego utrzymywała się delikatna równowaga polityczna wspierana przez państwa i fundusze europejskie. 

Wojna w Gruzji, arabskie rewolucje i ich geopolityczne konsekwencje w postaci wojny w Libii i Syrii oraz fali uchodźców, a następnie aneksja Krymu i wojna na wschodzie Ukrainy obnażyły słabość zarówno instytucji europejskich, jak i samej diagnozy strategicznej. Przekonanie, że Europa jest bezpiecznym miejscem do życia, jest wciąż wysokie, ale między rokiem 2011 a rokiem 2017 procent tych, którzy nie zgadzają się z tym stwierdzeniem, wzrósł z 16 do 287.

Z polskiego punktu widzenia ważniejszy jest jednak fakt, że ostatnia dekada utrwaliła podział w myśleniu o bezpieczeństwie Europy na obawiających się przede wszystkim terroryzmu i niestabilności politycznej w regionie i Morza Śródziemnego oraz na widzących zagrożenia w konflikcie zbrojnym na wschodzie i agresywnej polityce Rosji. 

Z tej perspektywy stawianie na sojusz polityczno-wojskowy ze Stanami Zjednoczonymi wydaje się lepszą gwarancją bezpieczeństwa Polski niż angażowanie się w działania europejskiej polityki obrony, dla której naturalnym teatrem działań było, jest i będzie południe, a nie wschód. Nie jest to sytuacja nowa, ale raczej kolejna odsłona dylematu, który zawsze towarzyszył polskiemu myśleniu. Wojna na Ukrainie nadała mu jedynie silną podstawę. 

Kontekst atlantycki, w jakim powyższy dylemat jest dzisiaj analizowany, jest jednak zupełnie inny. Kryzys w stosunkach atlantyckich związany z wyborem Donalda Trumpa  na prezydenta jest sporem nie o metody działania, jak miało to miejsce do tej pory, lecz o zasadność utrzymywania współpracy w jej obecnej formule. Nigdy wcześniej administracja amerykańska nie kwestionowała wprost sensu istnienia NATO. Nigdy po 1945 r. urzędujący prezydent nie dążył do zniszczenia ładu liberalnego zbudowanego przez Stany Zjednoczone jako zagrażającego ich pozycji w świecie. Kolejni prezydenci amerykańscy traktowali system zachodnich sojuszy i instytucji jako polityczną dźwignię, która pozwalała im na utrzymanie wpływów, a w sytuacjach kryzysowych — na stosowanie metody dziel i rządź. Wszystko to jednak odbywało się w ramach systemu opartego na przekonaniu o bliskości politycznej świata zachodniego, którego imperatywem jest zachowanie dominacji w świecie. Ten rodzaj myślenia należy już do przeszłości nie tylko za sprawą polityki Trumpa, ale i w wyniku przemian społeczno-politycznych po drugiej stronie Atlantyku.

Odchodzenie pokolenia polityków amerykańskich, którzy brali udział w wyzwalaniu Europy, czy polityków europejskich pamiętających wyzwolicieli, rosnące znaczenie regionu Azji i Pacyfiku oraz zmiany w demografii w sposób naturalny oddalają amerykańską elitę polityczną od Europy. Nadzieje na odwrócenie tego trendu w wyniku porażki Trumpa lub zmiany politycznej w Brukseli wydają się bardziej zaklinaniem rzeczywistości niż wynikiem chłodnej analizy. 

Na politykę prezydenta Trumpa można zatem patrzeć jak na odpowiedź na zmęczenie USA rolą globalną, na tzw. imperialne przeciążenie (imperial overstretch) w wyniku wojen w Afganistanie i Iraku czy sprzeciw wobec konstrukcji świata, która pozwala rosnąć w siłę politycznym przeciwnikom USA i ich gospodarczym rywalom.

Zmiana w Białym Domu może zmodyfikować styl działania, ale nie jego istotę, którą jest potrzeba uwolnienia się z części zobowiązań międzynarodowych, aby skoncentrować siły na problemach wewnętrznych: gospodarce, rosnących nierównościach i coraz bardziej odległej od obywateli polityce. Dla porównania siłą napędową izolacjonizmu europejskiego, którego symbolem jest polityka Niemiec, jest także zmęczenie światem i defensywny charakter polityki. W tym sensie zjawisko to jest wspólne dla Europy i Stanów Zjednoczonych. Jego konsekwencje są już jednak inne: USA wierzą w swoją potęgę i szukają szansy dla jej zachowania w zmianie globalnego status quo. Europa na odwrót: jest przekonana o swoim zmierzchu, a co udało się jej zbudować, to chce ochronić za pomocą istniejącego ładu globalnego opartego na instytucjach i regułach prawa międzynarodowego.

Od rewizjonizmu do status quo

Częścią tego procesu są też i będą przemiany w Polsce. Od 1989 r. polska polityka zagraniczna przeszła drogę od kwestionowania ładu w Europie w stronę działań petryfikujących jego obecny kształt. Polityczny rewizjonizm Polski (w odróżnieniu od geograficznego, którego celem jest zmian granic) przyniósł rozszerzenie NATO, UE, a także przemiany na Ukrainie. Polska z całym regionem przesunęła się na zachód, pozostając na tym samym miejscu na mapie. 

Polityka Polski, mimo przekonania, że nie wszystko udało się osiągnąć i że polityka Rosji jest nadal największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i rozwoju, jest dzisiaj polityką faktycznego status quo. Za retoryką odnosząca się do reformy czy rozszerzania UE lub NATO na Wschód nie kryje się żadna realna koncepcja polityczna, nie mówiąc o zasobach, które miałyby ją wspierać. Dominuje raczej przekonanie, że oba procesy odbyłyby się ze szkodą dla spójności i efektywności tych organizacji. Dlatego dbanie o to, aby obecny, delikatny układ sił, dający Polsce dobre miejsce przy negocjacyjnym stole i dostęp do zasobów unijnego budżetu i amerykańskiej potęgi wojskowej, nie uległ istotnej zmianie, jest znakiem rozpoznawczym polskiej polityki. Podobnie zresztą jak wszystkich państw w regionie. 

Nie ma też w polskiej polityce ambicji do towarzyszenia sojusznikom w operacjach wojskowych. Decyzja o niezaangażowaniu się w konflikt w Libii w 2011 r., w który weszła koalicja francusko-brytyjska, była przejawem nowego — po Afganistanie i Iraku — myślenia o konsekwencjach siłowej zmiany układu sił w regionie.

Dzisiaj, mimo działań administracji amerykańskiej wymierzonych w porozumienie pokojowe z Iranem, dyplomacja Polski stoi konsekwentnie po stronie partnerów europejskich. Powtórka z 2003 r. i przystąpienia do interwencji wojskowej po stronie USA wydaje się niemożliwa, a jej cena w polityce wewnętrznej byłaby nieporównywalnie większa. 

O ile instynkt polityczny nadal sprzyja akcentowaniu sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi przez polskich decydentów, o tyle instynkt społeczny i interesy gospodarki wydają się stawiać na UE, czyli potęgę status quo. Choć oba wybory mają swoje uzasadnienie, to w politycznej praktyce ich pogodzenie wydaje się coraz trudniejsze. Źródeł tej zmiany jest wiele. 

Jednym z nich jest z pewnością  nieprzerwany od prawie trzech dekad wzrost gospodarczy. Polityka podważająca i antagonizująca ład w regionie nie pasuje do państwa, którego gospodarka i rozwój są oparte na współpracy w regionie zrośniętym z instytucjami i politykami Unii Europejskiej. Polskie firmy i pracownicy coraz częściej uświadamiają sobie, że stawką jest obrona wypracowanych z trudem pozycji na rynku europejskim, a nie — jak 20 lat temu — ich zdobycie. Tym samym maleje chęć do ryzyka, a rośnie potrzeba utrzymania zdobyczy transformacji.

Drugim czynnikiem wzmacniającym kurs na rozwiązania europejskie jest uświadamianie sobie ekonomicznego i handlowego wymiaru współpracy transatlantyckiej. Choć łatwiej jest przekonać się do idei współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w takich sprawach jak obecność wojsk amerykańskich w Polsce, to trudniej jest poprzeć USA w sporze handlowym z Brukselą. 

Rok 2018 wydawał się pod tym względem przełomowy: po raz pierwszy polska opinia publiczna uświadomiła sobie, że istnieje także gospodarczy i regulacyjny wymiar współpracy euroatlantyckiej. Że będąc partnerem Niemiec, polska gospodarka jest w istocie częścią globalnego łańcucha produkcji. Wojna handlowa Trumpa wymierzona w UE, a zwłaszcza Niemcy, byłaby wojną wymierzoną również w Polskę. Jej konsekwencją byłyby problemy jednego z największych sektorów polskiej gospodarki, tj. branży motoryzacyjnej, i wolniejszy wzrost gospodarczy. Tymczasem bezpośrednia wymiana handlowa Polski i USA pozostaje na niskim, jak na bliskość polityczną, poziomie, a sam rynek amerykański jest poza zasięgiem zdecydowanej większości polskich firm.

Tabela 1
Wartość eksportu Polski do wybranych krajów, w tys. dolarów
Kraj20102011201220132014201520162017
Czechy9 574 16711 884 45611 673 29912 769 33014 355 90213 315 47113 481 95414 910 032
Niemcy41 786 25549 687 84446 406 97951 755 94158 486 43354 381 40356 163 85263 666 119
Francja10 857 91611 645 29410 827 04111 581 34712 439 69411 118 02511 294 57813 023 153
Wielka Brytania10 076 70512 265 91512 489 78713 416 78514 168 68313 520 84613 646 27014 898 518
Włochy9 510 35710 156 8098 958 6508 903 44510 096 5549 698 2509 784 28011 317 343
Stany Zjednoczone2 873 3223 693 1393 600 6044 842 2354 855 1064 464 9934 801 0446 131 523
Źródło: Główny Urząd Statystyczny

I wreszcie, trzecim cichym sprzymierzeńcem Europy jest zmiana pokoleniowa w Polsce. Dla dzisiejszych dwudziestoparolatków zimna wojna, rola USA w walce z imperium zła i pokojowe rewolucje 1989 r. raczej nie stanowią dla nich żadnego istotnego punktu odniesienia dla oceny miejsca i roli Polski w świecie. Choć zarówno członkostwo w NATO, jak i członkostwo w UE są dla pokolenia III RP czymś oczywistym, to integracja europejska jest jednak czynnikiem o wiele silniej oddziałującym na myślenie. Postawę tę wspierają nie tylko mobilność osób, które czasowo lub na stałe pracują w państwach UE, ale i wymiana studencka. W UE niesie ona za sobą nieporównywanie większe konsekwencje niż dostępność szkolnictwa wyższego dla polskich studentów w Stanach Zjednoczonych. Według danych Departamentu Stanu w latach 2012–2018 w USA  studiowało niespełna 11 tys. osób z Polski8, podczas gdy z samego programu Erasmus korzysta rocznie około 15 tys. polskich studentów9

Można zatem zaryzykować tezę, że przyszłe elity polityczne i biznesowe Polski będą się czuć pełnymi uczestnikami procesu europejskiego, a tym samym nabierać dystansu do swoich odpowiedników z drugiej strony Atlantyku. Dystans oznacza nie antyamerykańską postawę, która jest udziałem młodego pokolenia Europy Zachodniej — pod taką zmianę w Polsce nie ma gruntu — lecz pozbawione emocji spojrzenie na działania drugiej strony.

Scenariusze na przyszłość

Słabnięcie NATO, rosnące podziały transatlantyckie napędzane nie tylko sporem o kształt systemu międzynarodowego, ale i podejściem do rewolucji cyfrowej (dostępu do danych i reguł działania), współpracy technologicznej i handlowej, pozbawiają stosunki transatlantyckie wymiaru dziejowego związanego z pamięcią o wspólnej walce z komunizmem i wygranej zimnej wojnie. Ich przyszłością wydaje się współpraca ad hoc, budowanie doraźnych koalicji globalnych przy zachowaniu otwartości kulturowej, a nie realizacja wspólnej misji rządzenia światem. 

Co to może oznaczać dla Polski? Jeśli przyjąć, że rolę tę definiują z jednej strony poczucie bezpieczeństwa lub zagrożenia ze strony Rosji, a z drugiej stopień współpracy lub rywalizacji UE i Stanów Zjednoczonych, to na tej podstawie można zbudować cztery podstawowe scenariusze. Sensem ich kreślenia nie jest próba przewidzenia przyszłości, co jest zawsze skazane na porażkę, lecz próba wyobrażenia sobie zasadniczych trendów, które mogą kształtować miejsce i rolę Polski w zmieniającym się układzie transatlantyckim.

Rysunek 1
Alternatywne scenariusze reakcji Polski na zmiany w stosunkach transatlantyckich
Alternatywne scenariusze reakcji Polski na zmiany w stosunkach transatlantyckich
Źródło: opracowanie własne

Scenariusz A, czyli spełnienie marzeń

W idealnym scenariuszu współpracy UE i Stanów Zjednoczonych, w którego tle Polska postrzega się jako państwo bezpieczne, znikają niespełna wszystkie dylematy polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Taki trend sprzyjałby też przyjmowaniu przez Polskę większej roli we współpracy transatlantyckiej w obszarach wykraczających poza kwestie stricte wojskowe. Tworzyłoby to doskonały kontekst do osadzenia Polski w centrum decyzyjnym relacji gospodarczych i społecznych jako silnego gracza w Europie z dobrym rozumieniem atlantyckiego wymiaru polityki. Byłby to scenariusz, w którym kolejna fala integracji europejskiej z udziałem Polski nie stałaby w sprzeczności z bliskimi relacjami ze Stanami Zjednoczonymi.

Scenariusz B, czyli zarządzanie zmianą

Rywalizacja i w jej efekcie zmiana zasad współpracy transatlantyckiej zawsze będą ogromnym wyzwaniem dla polskiej racji stanu. Gdyby proces rozwodowy dokonywał się w sytuacji dominującego przekonania, że Polska jest bezpieczna w wyniku pozytywnej zmiany w otoczeniu międzynarodowym, stworzyłoby to przestrzeń dla akceptacji zmian i podjęcia działań, które sprzyjałyby adaptacji polityki polskiej do owego kontekstu współpracy. W takim scenariuszu zaangażowanie w projekty integracyjne w Europie byłoby co do zasady wyborem akceptowalnym. Rola i znaczenie Stanów Zjednoczonych w Polsce miałyby przede wszystkim charakter gospodarczy. Brak poczucia zagrożenia Rosją w Polsce automatycznie przekładałby się na osłabienie strategicznego wymiaru współpracy polsko-amerykańskiej.

Scenariusz C, czyli status quo

To jest trend, który jest doświadczeniem formacyjnym polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Mimo kryzysów i napięć sięgających okresu zimnej wojny i dekady pozimnowojennej współpraca USA, Kanady i Europy była fundamentem systemu zachodniego w Europie po upadku komunizmu, zjednoczeniu Niemiec i rozpadzie Związku Radzieckiego. Tylko w tym scenariuszu możliwe było rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego i UE o Polskę oraz pozostałe państwa regionu w odpowiedzi na utrzymującą się agresywną politykę Rosji.

Ten scenariusz jest korzystny dla polskiej polityki zagranicznej. Pozwala na sprawne granie na dwóch fortepianach i daje tytuł do sięgania po wspólne zasoby jako państwo brzegowe (NATO) i przechodzące transformację (UE). W kwestiach strategicznych zawsze jednak Polska będzie szukać bliskiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, patrząc sceptycznie na próby budowy sojuszu wojskowego w ramach Unii Europejskiej. Ale trwałość tego scenariusza, w obliczu przemian w polityce europejskiej i amerykańskiej, stoi pod dużym znakiem zapytania. 

Scenariusz D, czyli kryzys

Konflikt we współpracy transatlantyckiej, stawiający pod znakiem zapytania istnienie Sojuszu Północnoatlantyckiego w sytuacji poczucia zagrożenia bezpieczeństwa, cofa polską politykę o dekady mimo obecności w UE i NATO. Jest to scenariusz zdecydowanie kryzysowy, który wyostrza dylematy polityki zagranicznej Polski, zmuszając ją do podjęcia niechcianych decyzji. W takim scenariuszu rola i pozycja Polski stają się de facto funkcją działań partnerów.

Jeśli pojawi się amerykańska oferta formalnego sojuszu z Polską, zostanie ona przyjęta, co przesądzi tym samym o wyjściu Polski z politycznych projektów europejskich i konieczności zaangażowania się w globalne działania amerykańskie jako młodszy partner, oraz sprowadzi obecność w UE do kwestii wspólnego rynku. Brak takiej oferty oznaczałby zwrócenie się w stronę przede wszystkim Niemiec, a zatem gotowość do kompromisów w kwestiach wschodnich.

Powyższe scenariusze są oczywiście uproszczonym widzeniem rzeczywistości i bazują na szeregu założeń, a także pominięć, które mogą w istotny sposób je odkształcić. Takim uproszczeniem jest np. nieuwzględnienie kondycji UE i stanu integracji europejskiej (rozpad kontra integracja wokół strefy euro), sytuacji polskiej gospodarki i rozumienia procesów na Wschodzie czy globalnej strategii amerykańskiej, która może przybrać postać silnej współpracy handlowej z Europą przy jednoczesnym obniżaniu jej militarnego wymiaru bez kwestionowania racji bytu NATO.

Co w nich wydaje się najważniejsze, to kwestia rosnącego napięcia między interesem bezpieczeństwa Polski, który podpowiada utrzymanie bliskich stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, a rozwojem społeczno-gospodarczym opierającym się na silnym zakorzenieniu w strukturach i politykach Unii Europejskiej.

Polityka zagraniczna Polski opiera się nadal na założeniu, że oba interesy nie są sprzeczne ze sobą. Takie jest też doświadczenie 15 lat członkostwa w UE i 20 lat w NATO. Zmiany w układzie atlantyckim mogą jednak założenie to wystawić na poważną próbę. Po obu stronach coraz silniejsze jest bowiem przekonanie, że ten podział ról jest nie tylko nie do utrzymania, ale i przede wszystkim zawęża pole działania we współczesnym świecie.


  1. Zob. https://www.bbn.gov.pl/pl/wydarzenia/313,Warszawska-Konferencja-w-sprawie-Zwalczania-Terroryzmu.html (dostęp 4.03.2019).
  2. Zob. https://www.gov.pl/web/dyplomacja/oswiadczenie-wspolprzewodniczacych-po-spotkaniu-ministerialnym-poswieconym-budowaniu-pokoju-i-bezpieczenstwa-na-bliskim-wschodzie (dostęp 4.03.2019).
  3. To znaczy rewolucji przez reformy. Termin ukuty przez Timothy’ego  Gartona Asha w: Wiosna obywateli: Rewolucja 1989: widziana w Warszawie, Budapeszcie, Berlinie i Pradze, przekład Anna Husarska, Wydawnictwo Polonia, Londyn 1990.
  4. Indeks Mocy Państw 2018, http://ineuropa.pl/2018/kluczowe-wnioski/ (dostęp 4.03.2019).
  5. Zob. zestawienie transferów finansowych środków unijnych od początku członkostwa Polski w UE (stan na koniec grudnia 2018 r.), https://mf-arch2.mf.gov.pl/ministerstwo-finansow/dzialalnosc/unia-europejska/transfery-finansowe-polska-ue (dostęp: 6.03.2019).
  6. Zob. https://www.bbn.gov.pl/ftp/dok/01/strategia_bezpieczenstwa_ue_2003.pdf (dostęp: 5.03.2019).
  7. Europeans’ attitudes towards security, Special Eurobarometer 464b, grudzień 2017 r.
  8. Student Mobility. Facts and Figures. Poland. Education USA. A US Departament of State Network, 2018 (autor dziękuje ambasadzie USA w Polsce za pomoc w znalezieniu danych).
  9. Wyjazdy i przyjazdy studentów i pracowników uczelni w ramach Erasmus+ w edycji 2016 r. Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji, https://www.frse.org.pl (dostęp 4.03.2019).